„Wolni Ciutludzie. Opowieść ze Świata Dysku” Terry Pratchett

skobel ,  7 grudnia 2006

Przepis na Wiedźmę

„Bo opowieści nigdy nie mówiły, dlaczego czarownica jest tak niegodziwa. Wystarczyło być starą kobietą, wystarczyło żyć samotnie, wystarczyło wyglądać dziwni, na przykład nie mieć zębów. To wystarczyło, by stać się wiedźmą.”

„Wolni…” to prawdziwa opowieść. Nie liczy się głównie fabuła, którą tak naprawdę dałoby się opowiedzieć w kilku zdaniach, ale sposób w jaki została przekazana. Co więcej, znajdziemy w niej wiele trafnych spostrzeżeń co do treści bajek przekazywanych dzieciom. Niestety nie są one na takim „wysublimowanym” poziomie jak w innych dziełach Pratchetta i nie jest ich aż tak wiele. Z drugiej jednak strony brak licznych aluzji i powiązań do świata rzeczywistego sprawia, iż książka staje się lekką i przyjemną lekturą, po którą mogą z powodzeniem sięgnąć tak starsi jak i młodsi czytelnicy.

A wszystko rozgrywa się w dalekiej dalekiej krainie, zwanej Kredą (zapewne dlatego, iż cała położona jest głównie na kredzie), w jakiejś małej zapomnianej miejscowości, gdzie każdy żyje dniem powszednim i nikomu nie jest jakoś tęskno do przygód. Wielodzietne rodziny utrzymują się z roli, upraw i hodowli jak na prawdziwą wieś przystało i bez zbytniego entuzjazmu witają oświeconych ludzi. Ci jednak często witają w te progi i dzielą się swoją wiedzą w zamian za na przykład jajko. Albo ogórka. Takie zainteresowanie żywi młoda Akwila – zwykła dziewczyna, ubrana w wielokrotnie przerabiane ubrania po swoich starszych siostrach, której nadzwyczaj dobrze idzie ubijanie masła i robienie sera. Akwila Dokuczliwa wiedzie – jakże by inaczej – spokojne życie, które uprzykrza jej jej młodszy brat. Bywart, który równie dobrze mógłby być nazwany Wiecznie_Lepiącym_Się_Bywartem poświecił swoje krótkie jak dotąd życie konsumowaniu cukierków. Oraz nagłej chęci na siusiu, gdy wokół nie było nikogo znajomego (no cóż, zawsze działało).

Nie zapomnijmy też o owcach. Od pokoleń jej rodzina zajmowała się owcami. I byli w tym dobrzy.

Nie da rady pominąć także tych, którzy te owce lubili kraść. No, może niekoniecznie owce Dokuczliwych. Jakby przyjrzeć się jednemu z nich (a jest to bez ich wyraźnej zgody niemożliwe, gdyż – jak każdy wie – Fik Mik Figle jak na ludzi wolnych są bardzo szybcy), to opis wyglądałby mniej więcej tak:

„[…] stał człowieczek wielkości około sześciu cali. Miał masę nieporządnych rudych włosów, z powtykanymi w nie piórkami, koralikami i wstążkami, oraz rudą brodę w takim samym nieporządku jak włosy. Całe ciało pokrywały mu błękitne tatuaże, poza miejscem zakrytym króciutką spódniczką. Wymachiwał pięścią, wrzeszcząc.”

A poza Wolnymi Ciutludźmi (tak siebie nazywają Fik Mik Figle), poza małą dziewczynką z patelnią polującą na zielonego potwora znad jeziora, poza baranami przemieszczającymi się po polu do góry nogami znajdziemy Krainę Baśni, pszczoły przypominające elfy, wielką złą Królową i dużo snów. Naprawdę dużo snów. Z przewagą koszmarów oczywiście.

Gdzie ten przepis na czarownicę, zapytasz? Tak więc, na początek każdy wie, że aby pretendować do nazywania się czarownicą trzeba mieć zawsze przy sobie kawałek sznurka. W Kredzie przyda się także patelnia.

Druga myśl, czyli coś od siebie

„- Bo widzisz, ona jest elfem”

I jak piękne elfy Opowieść ta może być przez fanów Pratchetta odrzucona. Co prawda wspomina o „dalekim Klatchu”, co prawda pojawiają się znajome twarze (dokładnie dwie, i to na chwilę), co prawda „zalatuje” trochę humorem a’la Świat Dysku, ale to nie jest to samo. Mnie czytało się „Wolnych Ciutludzi” naprawdę dobrze, ale jednak nie jednym tchem, co przy tych 220 stronach z obrazkami byłoby całkiem możliwe. Nie zjadała mnie „ciekawość następnej strony”. Z drugiej strony ciężko mi coś konkretnego książce zarzucić – trzyma klimat, akcja nie przyspiesza ale też nie ma martwych punktów. Ciągle coś się dzieje, ciągle coś się zmienia, a zabawy pośród snów i ingerowania w nie przez różne strony została – moim zdaniem – bardzo dobrze wykorzystana i opisana. Postaci są tak naprawdę proste i przerysowane, jednak w odróżnieniu od prawdziwej baśni nie wszystko daje się tak łatwo przewidzieć.

Podsumowując, „Wolni Ciutludzie” nie są rewelacją a i cena jest według mnie za wysoka, treść stanowi, można rzec, połowę standardowego dzieła Pratchetta. Sposobem mogłoby być wydanie dwóch części „Opowieści..” („Wolni Ciutludzie” i „Kapelusz pełen nieba”) razem.
Jednak mimo to książka warta przeczytania – dla relaksu i chwili spokoju od rzeczywistości. Przeczytać ją powinni szczególnie ci, którym przypadają do gustu krótkie dzieła, baśnie, opowieści lub którzy po prostu szukają lektury dla swojego dziecka, które wyrosło już z bajek dla dzieci.
Pewnie i tak mimo mych wysiłków przeczyta kto będzie chciał, a ja zabieram się do czytania kolejnej części „Opowieści ze Świata Dysku”.

Wszystkie cytaty pochodzą z „Wolni Ciutludzie” Terry’ego Pratchetta
Aneta ‚Naiya’ Kapłońska

Aneta ‚Naiya’ Kapłońska


polts

Odpowiedzi możesz śledzić za pomocą RSS 2.0. Both comments and pings are currently closed.

5 komentarzy do “„Wolni Ciutludzie. Opowieść ze Świata Dysku” Terry Pratchett”

  1. skobel napisał:

    Nie lubię tej recenzji. Ale po kolei…

    Pratcheta nie czytuję od roku, lub dwóch, po prostu mi się przejadł. Widząc ksiażke sygnwaną jego nazwiskiem, mniej wiecej wiem, czego mam się spodziewać i aktualnie lekturę takiej uważam za stratę czasu.
    Ale recenzję „Wolnych..” przeczytałem- dobrze wiedzieć, co się aktualnie dzieje w biznesie.

    Pratchetta szanuje za to, że jest mądry- bierze coś rzeczywistego i przekształca tak, że powstaje basnowy utwór o smaku absurdu.
    Naiyka wzieła coś przetworzonego i próbowała to przetworzyć jeszcze raz. Skutek: druga pochodna po rzeczywstości, pierwsza po absurdzie- lista nazwisk nowych bohaterów, oraz ich atrybutów. (słownie „kropka”).
    Na sam koniec dostaję informację, że to ksiązka, przy której można się zrelaksować. Są tacy, którzy relaksują się przy książce kucharskiej, lub prospekcie samochodowym- jesli znam ich upodobania może i akceptuję, ale nie zawsze rozumiem, dlaczego.

    Tak samo w tym wypadku. Naj? Powiesz mi dlaczego ta książka Ci się spodobała. A wytłumaczysz to tym, którzy np. nie czytają Terrego?

  2. Tredo napisał:

    Strasznie zamotana ta recenzja. Niezbyt zrozumiałem o czym jest to „Opowieść ze Świata Dysku”, Nai następnym razem proszę uprzejmie nieco powstrzymać swobodne przelewanie skojarzeń i myśli związanych z książką na rzecz czegoś ciut bardziej usystematyzowanego.

    Wyczuwam, że to tę pozycję nie sięgnę.
    Nie żebym nie lubił bajek, czy Pratchetta, ale po prostu nie mam na nie już zbytnio czasu…

  3. Naiya napisał:

    Hehe. Widzę, że tekst wywołał sporo wrażeń. To dobrze. A odpowiadając na pytania – Ciutludzie są książką o.. w sumie to o niczym konkretnym. Fabułę da się streścić w 3 zdaniach. Nie ma tam dwuznaczności i nawiązywania do rzeczywistości jak to bywa w większości pozycji Pratchetta, nie ma głębszych przemyśleń, nie ma zwrotów akcji.
    Ciutludzie (z późniejszymi częściami włącznie) są Opowieścią – barwnie opisanym wydarzeniu, w którym uczestniczy mała dziewczynka i gromada małych fantastycznych niebieskich stworków. Potem razem przenoszą się do świata, gdzie mają obalić złą i okrutną Królową. I koniec.

    Ciutludzie są idealnym odprężeniem i na tym jego rola się kończy. Czytasz, uśmiechasz się, nie myślisz. Lekko przepływasz po krainie fantazji, a potem odkładasz ją na połkę. Założeniem jest odpoczynek i relaks.

    Podsumowując – to krótka pozycja do odpoczynku. Bez wymagań, bez fabuły i wnikania. Weź ją do ręki i baw się dobrze. A jak masz marudzić to zabierz się za coś bardziej ambitnego.

  4. Bilious napisał:

    Moim zdanie wolni ciut ludzie są trochę przynudni

  5. orions napisał:

    Nie zgodzę się tak po prostu ze stwierdzeniem, że Ciutludzie są pozbawieni (cytuję) dwuznaczności i nawiązywania do rzeczywistości jak to bywa w większości pozycji Pratchetta (koniec cytatu). Dla mnie każda książka Pratchetta, w której występuje Babcia Weatherwax (nawet jako bohater moooocno drugorzędny), daje do myślenia. Zresztą dla mnie Babcia to numer 2 jeśli idzie o niesamowitych bohaterów cyklu (pierwszy jest Marchewa).

    No, to był przydługi wtręt, a co do samej książki – mnie się ją czytało świetnie (ale nie jestem reprezentatywny, uwielbiam Świat Dysku) – a kwestie odpowiedzialności, wkraczania w dorosłość (nawet jak się ma 12 lat) są tam na tyle mocno poruszone, że uznałbym tę część cyklu za typową jeśli idzie o delikatny skręt moralizatorski Pratchetta.