Cudowna przemiana

skobel ,  22 stycznia 2008

Słoneczny żar wdzierał się do środka. Termometr oznajmił, że ranek zamienił się w przedpołudnie. Przesączające się przez żaluzje światło rozpraszało ławicę pyłków kurzu płynących ospale w lepkim powietrzu. Wiatrak wentylatora skrzypiał z nudów. Zza uchylonych drzwi leniwy wiaterek niósł leniwe odgłosy leniwego meksykańskiego miasteczka. Phill już dłuższą chwilę leżał na blacie małego, okrągłego stolika. Palcem ścierał skroploną parę z ścianki niemal pustej szklaneczki z burbonem. Krzesło obok niego też było puste, choć on ciągle jeszcze widział tam Sheilyę, Leżała w strudze światła, w swojej zwiewnej letniej sukience. Opuszkami palców gładziła jego dłoń. Szeptała jakieś słowa, ale niezależnie jak bardzo wytężał uwagę, niezależnie jak bardzo próbował je zrozumieć- nie potrafił. Przyłapał się, że nie jest dostatecznie skoncentrowany. Coś go rozpraszało – czuł to w głębi: upał, wilgoć, pot na czole, mucha zacierająca odnóża na skraju stolika, potężna postać Roberto ścierającego kurze w głębi lokalu ?

–Panie Phillipie, pani Sheilya nie jest dziś głodna?
–Nie – powiedział głucho. Nie poznawał własnego głosu. Przechylił powoli głowę tak, by lepiej widzieć właściciela knajpy. Obraz kobiety i tak już zniknął.

Twarz Roberto stała się niemal tak biała jak jego krótka kurtka. Metys był mądrym i dojrzałym człowiekiem.Widział w życiu zbyt wiele bardzo pięknych młodych par, które pewnego dnia jadły osobno i nigdy potem nie były już tak piękne.

–Myślę, że wypił już Pan dość, by móc wrócić do pokoju. Do niej.
–Tak, raczej tak. – własny głos brzmiał obco. Jakby odsłuchiwany z taśmy. Nie poznawał go.
– Nie chcesz chyba, aby czekała na Ciebie zbyt długo, prawda?
– Tak, chyba czeka– jego głos nie był ten sam, a w ustach mu zaschło i wtedy poczuł, że się zmienił.

Dźwignął z podłogi aktówkę i z niedopitym trunkiem ruszył w stronę baru. Wyłożył z portfela banknot i to powiedział.
– Jestem innym człowiekiem, Roberto – rzekł do barmana – Widzi pan we mnie zupełnie innego człowieka?
– Tak widzę, nasze słonce wyraźnie Panu służy. Musiał mieć Pan bardzo udane lato.

Phill nie widział już lady, niedopitego burbona ani barmana. Widział tylko wielkie lustro ciągnące się wzdłuż całego baru. I widział swoje własne oczy. Oczy, których nie rozpoznawał. Oczy, których nie rozpoznałaby Sheilya. Czarne. Nieruchome. Obce.

Nie wiedział nawet, że tęskni. Tym bardziej -do czego. Zapomniał wszystko. Nic się już nie liczyło. Wpatrywał się tępo we własne odbicie zniekształcone nie łzą w oku, czy trunkiem w głowie, lecz zawartością aktówki pod stopami. Myślał o uśmiechu ze zdjęcia w środku. O dziewięćdziesięciu dziewięciu nabojach. I myślał o broni.

O przyjemnym ciężarze broni, jej karbowanej, szorstkiej rękojeści, odciskającej na dłoni surowy wzór. Gładkiej, jedwabistej lufie pachnącej oliwą, której usta wpiją się wkrótce w jego skroń. Ukoją spokojem chłodu rozgrzaną głowę, podczas gdy jej wylot wyszepcze wprost do ucha „nie zmieniłeś się wcale”. Spust ulegnie rozkazowi gwałtownego palca. A jego oczy znów nabiorą życia odbite w jej martwych, zamglonych źrenicach pośrodku po dwakroć splamionego dywanu.

Phill sztywno jak trup ruszył w stronę swojego pokoju. Czuł, że powinien jeszcze coś powiedzieć, ale zdobył się tylko na pożegnalne machnięcie ręką. Roberto trzymał banknot jeszcze przez chwilę w dłoni i życzył mu powodzenia. Życzył im powodzenia. Potem przyszli hałaśliwi Niemcy spod szóstki i nie miał już czasu myśleć o czymkolwiek…

Piotr Skobel

http://www.skobel.ovh.org

Odpowiedzi możesz śledzić za pomocą RSS 2.0. Both comments and pings are currently closed.

3 komentarze do “Cudowna przemiana”

  1. Zuhar napisał:

    Po poprawce prezentuje się o wiele klarowniej. Twojego stylu nie sposób pomylić z nikim innym. Dobra robota.

  2. Tjal napisał:

    Ze wstydem przyznam że dopiero przeczytałem twoją prace, eh wielkie zaległości w tym mam. Tym niemniej gratuluje naprawdę zgrabnej pracy, bardzo miło się czytało. Z chęcią bym kiedyś przeczytał jakąś nieco dłuższą formę waszmości 🙂

  3. skobel napisał:

    Może w kwietniu…

    Dziś niemal przypadkiem przeczytałem opowiadanie i wiem, że napisałbym je zupełnie inaczej, prawdopodobnie – lepiej. Ale nie godzi się szydzić z siebie samego. Tym bardziej z siebie sprzed roku.