Wpisy w kategorii ‘Teksty’

Tojad

Sławomir Wrzesień ,  22 stycznia 2008

Stan zderzył się w drzwiach z krępym mężczyzną w ciemnym płaszczu. Gość musiał się gdzieś strasznie śpieszyć, bo nawet nie wymamrotał zdawkowego „przepraszam”.

Czytaj całość »

Mój Monastyr

Sławomir Wrzesień ,  20 stycznia 2008

Nie. Ten tekst nie jest o Monastyrze jako takim. To tekst o moim Monastyrze.

Czytaj całość »

Sprawiedliwość jest ślepa

skobel ,  6 maja 2007

 

– Czy świadek widział całe zdarzenie? Czy świadek… – sierżant straży miejskiej był już bardzo zniecierpliwiony. Nie dość, że tuż przy nim stał śmierdzący żebrak, to jeszcze nie odpowiadał na jego pytania.

– Ano nie widziałem, bo przecież jestem ślepy na jedno oko. A i to nie działa za dobrze – wybełkotał dziad, przysuwając swoją twarz bliżej głowy oficera. – O! Teraz to pana widzę – po nie golonej od tygodnia brodzie pociekła strużka żółtawej śliny.

– Bardzo się cieszę – wyrzucił z siebie ostro i cofnął się kilka kroków. W jego głowie kłębiły się przerażające wizje chorób, jakie na pewno wywołałoby splunięcie tego perfekcyjnego przykładu altdorfskiej nędzy. – Jasno i konkretnie. Co wiesz o tym morderstwie?

– To nie morderstwo chyba, ale pewno mam jechać od początku, nie?

*

Popołudnie było nudne. Brunon stał za barem i kontemplował krążące w powietrzu pyłki. Jego dłoń nieświadomie rozmazywała brud w kuflu. Zamiast ścierki do naczyń, leżącej na szynkwasie w jego dłoni tkwiła szmata do podłogi. Kelnerka co jakiś czas wyglądała z kuchni i chichotała patrząc na swojego pracodawcę. Stare brejsy karczmarza przemieszczały się po ściankach pokrywając je coraz grubszą warstwą mazi.

Dzień był upalny. Lato, choć zbliżało się do końca wciąż nie dawało o sobie zapomnieć. W południe, gdy z nieba lał się straszny żar – było trzech klientów, spragnionych chłodnego piwa i odrobiny cienia. Jednak teraz nikomu nawet do głowy nie przyszło, aby zajrzeć pod „Rozpruty bukłak”. Tylko jeden śpiący pod ścianą mężczyzna. Stały bywalec. Wiecznie niewypłacalny. Czasem w zamian za piwo zajmował się wynoszeniem do rynsztoka pijanych dokerów lub sprzątaniem po nich. Był przydatny, bo nie brzydził się ich tak, jak kelnerki. Tylko, że teraz chrapał w najlepsze i nawet z nim nie można było pogadać.

Uderzenie o ścianę gwałtownie otwartych drzwi wróżyło przerwanie tego pięknego, nudnego popołudnia…

*

– Skoro młody pan sierżant gawędzi sobie ze starym, my idziemy do Brunona. Chłopaki, pogadamy z jego panienkami i napijemy się trochę – mężczyzna w tunice straży nie czekając na reakcję kolegów wszedł do karczmy.

Pozostałych dwóch altdorfczyków popatrzyło najpierw na siebie, potem na młodszego o kilkanaście lat dowódcę, wreszcie na ciało przykryte starym żaglem.

– Trupek nigdzie się nie wybiera – zakpił łysy, skrobiąc się po potylicy.

– Najwyżej nieco zaśmierdnie w tym upale – wyższy ze strażników wstawił za sobą w wyłamaną futrynę resztki drzwi „Rozprutego bukłaka”.

Ciało nigdzie się nie wybierało, tylko grzecznie gniło dalej. W końcu ani samemu denatowi, ani gryzącemu jego dłoń szczurowi różnicy nie robiło, czy ktoś go pilnuje czy nie.

*

– Żem wracał z zaułka, po tym jak sobie ulżyłem i ich zobaczyłem. Dwóch. Nie ten tego. Tacy podejrzani mi się wydali – zaskakująca była zdolność dziada do jednoczesnego obślinienia się i bełkotliwego wyrzucania słów.

Sierżant Johann Strengend unikał jak tylko mógł lecących w jego stronę kropelek żółtego śluzu. Tunika z Imperialnym gryfem była już jednak mocno zmoczona. Stanowczo trzeba będzie ją wyprać, a może nawet wyrzucić.

– Chwilę. Jak to widziałeś? Knud, przecież jesteś ślepy! – tak, siła dedukcji młodego strażnika zaskakiwała nawet jego samego.

– No, tego. Ta, ale ja widzę rękę, która wrzuca mi monety. I oni mi wrzucili jakieś dziwne. Takie małe krążki z dziurkami w środku. Żem im zawołał, że guzików nie biorę. To ten jeden, pokurcz brodaty, ale wyższy, jak nasze krasnoludy mie za łachy szarpł i mi mówi, że to ich waluta narodna. – Ta wypowiedź, wywołała istną powódź żółtego, śluzu i uciążliwą zadyszkę.

*

Zirytowany krasnolud rzucił żebrakiem o bruk. Nie mógł zrozumieć, jakim cudem dziad nie rozpoznał waluty z Norski. Grunn poprawił topór przy pasie i odwrócił się od zaplutego starucha.

– Sven chodź. Idziemy do tej karczmy. Nie próbuj przeczytać tego napisu. Popatrz na malunek. To jakiś bukłak albo coś. – Brodacz, klepnął w plecy, olbrzymiego mężczyznę.

– No to chodź. – Norsmen, odziany tylko w przepaskę ze skóry i futrzane buty pchnął drzwi do gospody.

Drewniane drzwi nie były przystosowane do obsługi przez dwumetrowych Norsmenów, którzy w dzieciństwie tylko z nożem polowali na młode trolle. Drzwi leciutko, zdaniem Svena, puknięte do przodu, nieomal wypadły z zawiasów, uderzając w ścianę.

– Wybaczyć, wybaczyć. – Grunn przepchnął się przed winowajcę i usiłował go zasłaniać, co wyglądało nieco zabawnie, ze względu na jego niecałe półtora metra.

Dłoń Brunona w sposób niezrozumiały dla zwykłych ludzi, a w sposób naturalny dla właścicieli karczm gotowych bronić dobytku przed złoczyńcami, odłożyła kufel, a pochwyciła pałkę leżącą pod kontuarem. Kawał solidnego drewna, nabity sporymi stalowymi bretnalami może nie prezentował się pokojowo, ale na bogów, był skuteczny.

– Zapłacicie za uszkodzenie moich zabytkowych drzwi – tak, drewniana pałka zdecydowanie dodawała staremu Brunonowi dużo odwagi.

To, że na szynkwasie pojawił się stosik monet z dziurką w środku nie zachwycił go zbytnio. Stanowczo bardziej podobała mu się złota brosza, którą wyjął krasnolud. Brunon przyjął ja z miłą chęcią w zamian za lekko uszkodzone roczne, „zabytkowe” drzwi, kawał psa w zupie podany jako polewka i sześć antałków piwa. Zarobił na tym kilkunastokrotnie…

*

Sven i Grunn siedzieli w kącie i kończyli ostatni antałek. Norsmen wzbudził zainteresowanie obu kelnerek i kilku ulicznic, które przyszły tylko po to, żeby popatrzeć na jego obnażone mięśnie. Jedna sugerowała coś, czego ani krasnolud ani wielki mężczyzna nie zrozumieli. Niestety nie posługiwali się wystarczająco dobrze reikspielem. Chodziło chyba o jakieś składanie modłów. Sven odpowiedział tamtej religijnej panience, że on nie modli się na klęczkach. I nie wymaga tego od niej. Odeszła dziwnie smutna i jakby zawiedziona.

Pod wieczór karczma pełna już była ludzi. Głównie dokerów z altdorfskiego portu i pracowników kompanii przewozowych. Było też kilku rzemieślniczych terminatorów i paru żaków spiskujących w koncie. Był też gnom, który każdego usiłował namówić na grę.

– Kości? Trzy karty? Cokolwiek! – hazardzista wędrował od stolika do stolika, jednak był ignorowany. Wszyscy zbyt dobrze znali Luka Zwinne Palce – złodzieja i niepoprawnego oszusta.

Gnom przez chwilę udawał, że gra w karty z mężczyzną śpiącym niedaleko drzwi, ale zbyt trudno mu było jednocześnie przytrzymywać swoje karty jak i te w dłoni przeciwnika. Desperat w końcu zostawił śpiącego w spokoju.

Skierował się natomiast do gości zza Morza Szponów.

– Panowie nie stąd, nieprawdaż? Pozwolicie, ze się przedstawię? – pytanie było retoryczne bo nikt nie zdążyłby powiedzieć „nie”. – Jestem Luk! Miło mi was poznać! Zagramy?

Wzrok Svena nawet o milimetr nie opuścił kufla, w którym już było całkiem dobrze widać dno. Grunn jednak się zainteresował.

– Dobra. Zagram. O ile i jakie zasady? – na stole pojawił się stosik monet z otworkami.

– Miło spotkać kogoś, o tak pozytywnym podejściu do sprawy. Możemy zagrać w co tylko szanowny pan zechce.

– O ile? – w głosie krasnoluda zabrzmiała nutka zniecierpliwienia.

– O koronę? To znaczy moją koronę i ze 4 wasze monety?

– Trzy karty. – Grunn mówiąc to, wyjął własną talię.

Gnom niepewnie obejrzał karty i wyciągnął dwóch czerwonych mieczników i jedną czarna pannę. Zaczął szybko przerzucać je na stole.

– Gdzie panienka, gdzie dupeczka, miecznik po łbie wam przyjarzy, dama kasą was obdarzy. Trzy, sześć, siedem. Gdzie jest panna? – dłonie gnoma podczas tego głupiego wierszyka poruszały się bardzo szybko, ale nie na tyle, żeby Grunn nie wskazał gdzie leży dama.

Gnom z nieskrywanym smutkiem przesunął złotą koronę na drugą stronę stołu. Zagrali jeszcze dwa razy i krasnolud za każdym razem wygrywał. Później dobra passa się skończyła. Luk wprawnie podpuszczał przeciwnika i w końcu miał po swojej stronie stołu wszystkie monety, które miał wcześniej w swojej sakiewce brodacz. Ten siedział zirytowany i groźnie pomrukując gładził ostrze topora.

– Ja chce z tobą zagrać maluszku – Sven przerwał tę niezręczną ciszę. – Ale o wszystko. O to co mamy w sakiewkach. I o to co mamy na sobie. Poza gaciami. Ja wkładam do puli buty i miecz.

Wzrok Luka niepewnie oszacował wartość tylko tego miecza i stwierdził, że może na nim wiele zarobić. Szczególnie ze względu na ten niebieski kryształ w rękojeści. Sven powstrzymał protesty towarzysza i uważnie przyglądał się twarzy gnoma.

– Dobra! Kto nie ryzykuje ten nie wygrywa! Gdzie panienka, gdzie dupeczka, miecznik po łbie wam przyjarzy, dama kasą was obdarzy. Trzy, sześć, siedem. Gdzie jest panna? – dłonie małego człowieczka poruszały się z szybkością za jaką wzrok nie mógł nadążyć.

Cała sytuacja już dawno zwróciła uwagę bywalców karczmy, ale teraz stali nad stołem i kibicowali Norsmenowi. Wielkolud bez zawahania pokazał kartę i przesunął ją w swoją stronę.

– Rozbieraj się z butków i dawaj mieczyk! Pan krasnoludzik też! – śmiech gnoma choć głośny wcale nie był, aż tak pewny jak powinien być.

– Nie… – Sven powoli odwrócił czarną damę.

Gnom natychmiast zerwał się z ławy w garści ściskając zarówno swoją sakiewkę jak i tą, którą przed minutą wygrał. Okazało się, że pokurcz nie tylko szybko przerzucał karty, ale i nogami umiał całkiem żwawo przebierać. Przelatujący przez salę topór wbił się w otwarte drzwi, zamiast w jego głowę.

Przybysze z Norski zerwali się wywracając stół i wybiegli na ulicę. Grunn wybiegając mocnym szarpnięciem wyrwał topór, niszcząc drzwi jeszcze bardziej. Przez chwilę chybotały się na jedynym całym zawiasie, po czym z hukiem uderzyły w podłogę.

Gnom nie uciekł daleko. Nie spodziewał się, że go będą tak zajadle ścigali. Musiał się schować. Beczka ze śledziami wydawała się idealna. Ale zapomniał, że zrzucony dekiel jeszcze przez chwilę będzie obracał się na bruku i ten dźwięk może zdradzić jego genialną kryjówkę.

Silna ręka wyciągnęła go spomiędzy ryb, w które zdążył się całkiem nieźle zakopać.

– Oddaj nasze pieniądze i te cośmy wygrali też. Twoich łachów nie chcemy. Śmierdzą teraz – głos był bardzo stanowczy.

Gnom oddał grzecznie pieniądze i szybko oddalił się. Nawet nie patrzył, w którą stronę poszli.

*

– Panie kapitanie tak było i my nie wiemy, co ten gnojek później robił! – krasnolud wściekle miotał się po celi. – My go nie zabiliśmy! Nie wiemy gdzie jest! Nic nas nie obchodzi, że jego matka znalazła zakrwawione i śmierdzące rybą łachy! Też byśmy je wyrzucili! On na pewno jest gdzieś w mieście. Żadnego innego trupa też nie widzieliśmy! Nie! Nie zabiliśmy nikogo innego! Na bogów! Gdzie tu jest sprawiedliwość!?

– Nie ma. A jak jest, to jest ślepa… – kapitan Hans Klodd zarechotał.

Sven nie brał udziału w dyskusji, spokojnie oparty o ścianę lochu wydłubywał brud spod paznokci.

*

Zmierzch zapadł szybko. Strażnicy pilnowali ciała siedząc w karczmie i wciąż pijąc piwo, w czym dzielnie pomagał im kelnerki, dzisiaj miłe, siedziały im na kolanach.

Ciało leżące pod starym żaglem nieznacznie się poruszyło. W martwym od kilku lat mózgu przebiegło kilka iskierek powolnych myśli.

„Zjadłem małe ibkami pachnące i położyłem się siap. A teraz idę…” Ciało ghula przeszedł dreszcz. Szczur, który drzemał przy resztkach obgryzionego palca poderwał się przerażony. Martwa dłoń zacisnęła się na brązowym futerku. Zgrzyt małych kosteczek. Ożywieniec wstał, otarł krew z twarzy i udał się w stronę kanału…

Tylko na bruku leżał za mocno ściśnięty szczur, któremu teraz było już naprawdę wszystko jedno…

*

– Svenie synu Bjornira! Druhu mój! Przepraszam cię. Wiem, że jestem tylko nic nie wartym pyłkiem, przy kimś tak obdarzonym przez Olricha, jak ty! Twoja siła mnie powala! Twoja intuicja zaskakuje! A wiedza o istotach nadprzyrodzonych jest nieoceniona! – Grunn darł się w niebogłosy, aż trzęsły się drzwi ich celi.

– No i to chciałem od ciebie usłyszeć! Miałem rację. Wyczułem tam żywotrupa! A ty jak zwykle mnie zignorowałeś. Bo jak wielki i nie ubrany, to zaraz tępy. Ech… – Norsmen uśmiechnął się i solidnie poklepał krasnoluda po placach. – To co, przyjacielu? Wychodzimy stąd?

Grunn nie wierzył własnym uszom. Normalnie Sven obrażał się jak dziecko i nie odzywał się przez minimum kilka dni. Tym razem to nie były nawet dwadzieścia cztery godziny. Kiwnął głową na znak aprobaty. Stanowczo chciał opuścić tą śmierdzącą celę.

– No to wychodzimy – dłoń wielka jak bochen chleba zacisnęła się na kracie, druga złapała drzwi w miejscu klapy do podawania jedzenia.

Olbrzym znieruchomiał. Tylko drobne drgania przebiegały po węzłach jego mięśni. Jego stopy nie przesunęły się nawet o milimetr, kiedy ukryte w ścianie zawiasy zaczęły trzeszczeć. Kawał ściany odpadł w miejscu górnego zawiasu. Sven odetchnął głęboko i szarpnął w swoją stronę. Zawiasy ustąpiły.

– Nie krępuj się – zakpił Norsmen odstawiając ciężkie drzwi pod ścianę. – Wychodzimy i nie przejmuj się. Nie musisz zamykać.

– A co ze strażnikami? – Grunn ostrożnie wyjrzał na korytarz.

– Kapitan mówił, że sprawiedliwość jest ślepa. Gdyby jednak nas zauważyli. To ja już odwrócę ich wzrok. Na zawsze, jeśli będzie trzeba.

Na szczęście dla życia i zdrowia strażników żaden nie przeszkadzał więźniom w opuszczeniu budynku. Dwóch młodych chłopaków uznało, że dwumetrowy, długowłosy, półnagi mężczyzna ma prawo wyjść zabierając ze sobą swojego mniejszego kolegę. Nawet bez problemów oddali im ich broń.

*

Sven i Grunn szybko przedostali się w pobliże znanej już sobie karczmy. Noc wielce im to ułatwiała. Z wnętrza dobiegały do nich dźwięki hucznej zabawy. Nie zastanawiali się jednak co też świętują ci głupcy. Oni mieli ważniejsze zajęcie – polowanie.

Norsmen usiadł pod jednym z budynków i zaczął medytować. Krasnolud poszukiwał jakichkolwiek śladów, dokąd mógł pójść trup. Po kilku chwilach wrócił do Svena, trzymając stary pokrwawiony żagiel i martwego szczura.

– Tym go przykryli. Powąchaj. Śmierdzi rybami. To na pewno krew Luka. No i ten szczur. Musiał go podgryzać i dlatego zginął. Głupie zwierzę. Zabite przez własną kolację.

– Zeżarł gnoma – Sven nie otwierając oczu wskazał na południe. – I polazł w tamtą stronę.

– Jasne. Nie chcę być niedowiarkiem, ale skąd u licha wiesz, że akurat w tamtą?

– Nie zamknął za sobą włazu do kanału. Nie widzisz? Leży tam na bruku – spokojny ton przyjaciela wprawił krasnoluda w irytację.

– Cholera! Jak mogłem tego nie zauważyć?! To po co medytujesz pod tą ścianą? A zresztą… Nie mów! Idziemy?

– Modliłem się do Orlicha. Prosiłem go o błogosławieństwo. – Sven podniósł się i ruszył w stronę studzienki.

– Chwila! Nie mamy pochodni! – Grunn stanął jak wryty.

– Tak, ale mamy mnie. I jego – wyciągnął miecz, który zapłonął błękitnym ogniem.

Zejście po umazanej drabince nie było ani łatwe, ani przyjemne. Tym bardziej przedzieranie się po kostki w nieczystościach, którymi chodnik kanału był zalany. Widocznie poziom Reiku podniósł się i rzeka zalała kolektory ściekowe. Jednakże, jakby na to nie patrzeć, nie śmierdziało tak bardzo, jak się tego spodziewali. Ściany oświetlone błękitnym płomieniem okazały się być pokryte grubą warstwą zaschniętych ekskrementów, podobnie jak sufit.

– Mam nadzieję, że rzadko płynie tu tak wielka rzeka gówna… – głos Svena lekko drżał.

Po kilkunastu minutach wędrówki Sven wskazał ostrzem boczny tunel, który prowadził nieco pod górę. Najwidoczniej oddalali się od Reiku. Uradował ich suchy chodnik.

Dotarli do zamkniętych drwi.

– Zastukamy? – Sven miał bardzo dobry humor. Czuł zbliżającą się walkę.

– Może nie… – krasnolud pchnął delikatnie i zapora ustąpiła z donośnym skrzypieniem.

To co nastąpiło później trwało zaledwie kilka sekund, ale dla Svena i Grunna to i tak było stanowczo za długo. Zwolniona dźwignia uruchomiła pułapkę i utworzyła zbiornik małej przepompowni. Zaledwie 800 litrów odchodów uderzyło z wystarczająco dużą siłą, by powalić obu poszukiwaczy przygód i zmieść ich w dół tunelu. Doszli do siebie siedząc po pierś w zawartości koryta kanału. Nie robiło im to jednak żadnej różnicy, bo wysmarowani byli już cali.

– Aaarrrghh! – wściekły Sven wbiegł z powrotem do tunelu miotając najgorsze ze znanych sobie przekleństw.

Grunn podążył za towarzyszem, obaj ślizgali się po zababranym chodniku, ale dzielnie parli naprzód. Wściekłość dodawała im determinacji. Po wejściu do pomieszczenia ujrzeli kolejne przejście, tym razem po przeciwnej stronie. Zignorowali legowisko zasłane kośćmi i spory kawał mięsa wiszący na wbitym w ścianę haku. Tylko przez ułamek sekundy zabłysnęła im myśl, że to mogą być resztki Luka.

Tunel, którym podążali nie wyglądał na część sieci kanalizacyjnej, było to raczej bezpośrednie połączenie z jakąś piwnicą. Zaciekawiło ich, kto mógłby być opiekunem ożywieńca.

*

Dźwięki dochodzące z piwnicy obudziły Aishę.

– No tak. Alberto znów zapomniał pochować alembiki i te cholerne szczury wszystko poprzewracały – zerwała się z łóżka i zarzuciła płaszcz na koszulę nocną. Byleby po raz kolejny nie zżarły mikstur mistrza. – Wściekła dziewczyna otworzyła drzwi i wybiegła z pokoju.

*

Martwe synapsy wolno przekazywały sobie impulsy.

„Tylne wyjście działa. Moja… Moja… Moja jest mondre.” Ghul przesunął kamienną płytę ponownie blokując wejście. Nie poruszał się sprawnie. Noga wyskoczyła ze stawu biodrowego i przesuwał się bardzo wolno. Prawa ręka co jakiś czas w niekontrolowany sposób drgała. Dlatego pozrzucał te wszystkie słoje i probówki z półki obok, której się przesuwał.

*

Uzbrojona w wielki nóż Aisha otworzyła z rozmachem drzwi do piwnicznej pracowni. Była gotowa zabić każdego szczura, który jej się nawinie pod ostrza. To co zobaczyła zaskoczyło ją bardzo. Tak bardzo, że nóż upadł na ziemię. Ostrze wbiło się niebezpiecznie blisko jej stopy, ale ona nawet nie drgnęła. Nie mogła.

Na środku laboratorium stały trzy istoty. Dwie zewnętrzne wbijały płonący miecz i wielki topór w jakieś ożywione zwłoki. Nieumarły właśnie tracił swoje dodatkowe istnienie. Podrygiwał jeszcze przez chwilę. Dopóki mniejsza istota nie wyrwała z jego czaszki ostrza topora. Dwa stwory, wyglądające jak koszmar kanalarza zwróciły się w jej stronę.

– Czy będziemy się mogli umyć panienko? – dwumetrowe umazane kałem coś przeszło kilka kroków w jej stronę.

– Czy… Czym jesteście? – głos uczennicy alchemika był mocno przerażony.

– Krasnoludem i ludzkim wojownikiem z Norski – stwierdził mniejszy. – Wiemy, że nie wyglądamy zbyt pięknie, ale może moglibyśmy jednak doprowadzić się do porządku, nim zaniesiemy to coś do straży miejskiej?

– Jaa… Jasne… Chodźcie za mną – podniosła nóż i ruszyła w górę schodów. Wiedziała, że tej nocy tak łatwo nie zapomni.

*

– I widzi pan kapitanie. Tak było! Żebrak nakłamał pana podwładnemu. Nie zabiliśmy tego gnoma. Zrobił to ten, tutaj leżący ghul! – głos Grunna był stanowczy. – I czy wciąż pan twierdzi, że sprawiedliwość jest ślepa?

Hans Klodd nie odpowiedział. Popatrzył na niezbyt dokładnie umytych poszukiwaczy przygód. Marzył w tej chwili, żeby sprawiedliwość nie tylko była ślepa, ale i żeby nie miała węchu…

Plik pdf z tekstem

Paweł ‚Tredo’ Potakowski

Ewa Białołęcka „Tkacz iluzji”

Naiya ,  26 stycznia 2007

Powieść rozpoczyna opowiadanie z 1994 roku, które zostało zauważone i nagrodzone nagrodą im. Janusza A. Zajdla, co jest bardzo dobrym wynikiem biorąc pod uwagę, że autorka zadebiutowała ledwie rok wcześniej. 3 lata później został wydany zbiór opowiadań, w skład którego wchodziły opowiadania:
– Tkacz iluzji
– Błękit maga
– Wyspa Szaleńca
– Jaszczur
– Drugi krąg
W 2005 historie te zostały wydane ponownie, jednak teraz w 2częściowej powieści zatytułowanej „Naznaczeni błękitem”.

Okładka “Tkacz Iluzji”Pierwsze opowiadanie „Tkacz Iluzji” ma dość wartką akcję i opowiada historię głuchoniemego chłopca, który posiadł moc tworzenia materialnych iluzji. Jest samotny, żyje z magiem Płowym gdzieś w małej chatce. Ludzie uważają go za nierozumnego lub być może nawet chorego. Kamyk – gdyż tak nazywa się nasz bohater, nie poddaje się jednak tak łatwo. A całe jego życie zaczyna się zmieniać kiedy spotyka smoka. Smoka, który postanowił że nie będzie jeść ludzi.. bo są niesmaczni. Smoka, który jest w stanie porozumieć się z chłopcem, a także w sporej części go zrozumieć. Być może teraz Kamyk zbierze dość sił aby stanąć do próby zdobycia Błękitu.

O ile pierwsze opowiadanie w mojej opinii w pełni zasługuje na Zajdla, przedstawiając w ciekawy sposób nowy świat , żywe postacie i wciągającą fabułę, o tyle dalsza cześć książki zgubiła tą niepowtarzalność i odkrywczość. Stała się opowiastką. Powieść tak ta jak i następne zapewne spodobają się tym, którzy zaczytują się na przykład w Harrym Potterze. Styl jest prosty, czyta się gładko i szybko. Niektórzy by nazwali ten typ „książką hamburgerem”.
Inni natomiast mogliby zarzucić fabule zbytnią prostotę i przewidywalność. Także postaci, nawet te drugoplanowe są dobrze zarysowane, jednak nie opisane w szczegółach. Nie wchodzimy tutaj głębiej jak w pierwszoplanową fabułę, a momentami naprawdę szkoda.
Osobiście żałuję, że książki nie czyta się tak jak tytułowego opowiadania. Być może jest to miły i przyjemny przerywnik, jednak po tak dobrym podłożu, nowo wykreowanym świecie – zdaje się całkiem dokładnie i dobrze przemyślanej postaci można było spodziewać się więcej.

Także podsumowując – książka przeznaczona głównie dla osób, które chcą przeczytać coś lekkiego, odpocząć od skomplikowanych postaci i intryg. Jednak zdecydowanie nie polecam komuś, kto oczekuje eksplorowania całkiem nowego świata od podszewki, tudzież wnikliwie prowadzonych postaci; nie tylko pierwszoplanowych.

Aneta ‚Naiya’ Kapłońska

Aneta ‚Naiya’ Kapłońska


polts

Prawda „Terry Pratchett”

skobel ,  9 grudnia 2006

Następny proszę!

Już jakiś czas temu na półki księgarń polskich trafiła „dwudziesto-któraś” odsłona doskonale znanej serii Świata Dysku. Niektórzy popatrzyli weń z radością inni raczej sceptycznie. Czy Pratchett ciągle utrzymuje poziom? Wiadomo, że każdy ma dni lepsze i dni gorsze, tak i części wypadają różnie. „Prawda” moim zdaniem jest przeciętna, czyta się ją dobrze, ale nie jednym tchem – ciekawym kolejnej strony. Dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniem.

Co słychać w Ankh-Morkpork?

Ano żyją sobie ludzie, żyją… a tu wieść się rozchodzi, że Patrycjusz zabija pomocnika, próbuje uciec i.. więcej nie wiadomo. Z pomocą społeczeństwu przychodzi pierwsza na Dysku Azeta, która na bieżąco informuje o postępach w śledztwie, a przy okazji opisuje ciekawe historie pewnych warzyw. Wzbudza oburzenie twierdząc, że aktualna- jest równocześnie najcięższą zimą od, co najmniej, dziesięciu lat. Każdy przecież pamięta, że… i tutaj tak naprawdę też niewiele wiadomo. Ale słowo napisane na papierze może nie może kłamać, prawda? Z tym przekonaniem podchodzą czytelnicy do drugiej gazety – tej ciekawszej, no bo przecież jak ta kobieta węża mogła urodzić!?
I tak życie w Ankh-Morpork płynie, czy raczej próbuje płynąć dalej.

Lupa na postaci

Główna postać – William de Worde – prawdomówca z zamiłowania, postanawia zarobić nieco grosza na tym co umie – mówieniu ludziom co się dzieje. Redaktor naczelny pierwszej azety na Dysku.

William się zastanowił, czemu nie lubi ludzi, którzy mówią „nikogo nie urażając”. Pewnie dlatego, że łatwiej im powiedzieć „nikogo nie urażając”, niż powstrzymać się od urażania.

Wspomnieć trzeba oczywiście o wampirze Otto z Uberwaldu. Był zatrudnionym w „Pulsie” ikonografem, mającym nietuzinkowe problemy ze światłem flesza, które jak powszechnie wiadomo – nie jest zbyt zdrowe dla wampirów. Nie tylko tych, co piją czekoladę.


– Vie pan, że innym określeniem ikonografa byłby „fotograf”? Od latacjańskiego słova „photus”, które oznacza..
– „Skakać dookoła jak wariat i rozstawiać wszystkich po kątach, jakbyś był właścicielem”? – spytał William.
– Aha, zna pan to słovo.

“Bad guys” – Pan Tulipan i Pan Szpila. Niesamowity duet. I jak to w duetach bywa tylko jeden myśli poprawnie. I jak to powszechnie wiadomo, ciekawiej się czyta, jak lada moment ktoś może zginąć. W „Prawdzie” zaginął Patrycjusz . Z tym, że nie do końca i tak “po pratchettowemu” nie bardzo.

Nie pominąć można też straży z sir Samuelem Vimesem na czele. Jak i w poprzednich tomach nas nie zawiodą, uśmiech na usta sprowadzą, jednak główną scenę oddali omawianym wcześniej postaciom.

Oczywiście nie są to wszystkie warte uwagi charaktery (w tym dużo krasnoludów), jednak nie chcę nikomu psuć zabawy podczas czytania „Prawdy”.

Akcja! … Cięcie!

Fabuła emanuje Pratchettowością, jednak brakuje jej dynamiki. Zdarzają się ciekawe dialogi i komiczne zdarzenia. Zarysowany wcześniej wątek kryminalny stanowi jedynie tło akcji, a głównym celem jest wesoła i sielankowa działalność monopolistyczna głoszących jedyną, absolutna reporterów niepodważalną prawdę reporterów „Pulsu”.

Podsumowując, Pratchett “wziął pod lupę” kolejną dziedzinę życia, przepuścił ją przez zwierciadło Dysku, dodał odrobinę akcji i tak powstała “Prawda”. Nie zmienia to jednak faktu, iż książka sama w sobie jest bardziej opisem działania gazety, niż opowieścią o konkretnych wydarzeniach. Innymi słowy fabuła jest – ale nie napędza książki (jak preferuję)- pojawia się raczej jako tło. A zatem mogłoby być lepiej.

Podsumowanie (bez błyskawicy)

Książka z powiewem lekkiej świeżości, znanego komizmu i nie zaniżająca średniej oceny całej serii. Polecam przeczytanie, ale nie za wszelką cenę – są lepsze dzieła Pratchetta.

Aneta ‚Naiya’ Kapłońska
Łukasz ‚Tattva’ Główczyk


polts

„Wolni Ciutludzie. Opowieść ze Świata Dysku” Terry Pratchett

skobel ,  7 grudnia 2006

Przepis na Wiedźmę

„Bo opowieści nigdy nie mówiły, dlaczego czarownica jest tak niegodziwa. Wystarczyło być starą kobietą, wystarczyło żyć samotnie, wystarczyło wyglądać dziwni, na przykład nie mieć zębów. To wystarczyło, by stać się wiedźmą.”

„Wolni…” to prawdziwa opowieść. Nie liczy się głównie fabuła, którą tak naprawdę dałoby się opowiedzieć w kilku zdaniach, ale sposób w jaki została przekazana. Co więcej, znajdziemy w niej wiele trafnych spostrzeżeń co do treści bajek przekazywanych dzieciom. Niestety nie są one na takim „wysublimowanym” poziomie jak w innych dziełach Pratchetta i nie jest ich aż tak wiele. Z drugiej jednak strony brak licznych aluzji i powiązań do świata rzeczywistego sprawia, iż książka staje się lekką i przyjemną lekturą, po którą mogą z powodzeniem sięgnąć tak starsi jak i młodsi czytelnicy.

A wszystko rozgrywa się w dalekiej dalekiej krainie, zwanej Kredą (zapewne dlatego, iż cała położona jest głównie na kredzie), w jakiejś małej zapomnianej miejscowości, gdzie każdy żyje dniem powszednim i nikomu nie jest jakoś tęskno do przygód. Wielodzietne rodziny utrzymują się z roli, upraw i hodowli jak na prawdziwą wieś przystało i bez zbytniego entuzjazmu witają oświeconych ludzi. Ci jednak często witają w te progi i dzielą się swoją wiedzą w zamian za na przykład jajko. Albo ogórka. Takie zainteresowanie żywi młoda Akwila – zwykła dziewczyna, ubrana w wielokrotnie przerabiane ubrania po swoich starszych siostrach, której nadzwyczaj dobrze idzie ubijanie masła i robienie sera. Akwila Dokuczliwa wiedzie – jakże by inaczej – spokojne życie, które uprzykrza jej jej młodszy brat. Bywart, który równie dobrze mógłby być nazwany Wiecznie_Lepiącym_Się_Bywartem poświecił swoje krótkie jak dotąd życie konsumowaniu cukierków. Oraz nagłej chęci na siusiu, gdy wokół nie było nikogo znajomego (no cóż, zawsze działało).

Nie zapomnijmy też o owcach. Od pokoleń jej rodzina zajmowała się owcami. I byli w tym dobrzy.

Nie da rady pominąć także tych, którzy te owce lubili kraść. No, może niekoniecznie owce Dokuczliwych. Jakby przyjrzeć się jednemu z nich (a jest to bez ich wyraźnej zgody niemożliwe, gdyż – jak każdy wie – Fik Mik Figle jak na ludzi wolnych są bardzo szybcy), to opis wyglądałby mniej więcej tak:

„[…] stał człowieczek wielkości około sześciu cali. Miał masę nieporządnych rudych włosów, z powtykanymi w nie piórkami, koralikami i wstążkami, oraz rudą brodę w takim samym nieporządku jak włosy. Całe ciało pokrywały mu błękitne tatuaże, poza miejscem zakrytym króciutką spódniczką. Wymachiwał pięścią, wrzeszcząc.”

A poza Wolnymi Ciutludźmi (tak siebie nazywają Fik Mik Figle), poza małą dziewczynką z patelnią polującą na zielonego potwora znad jeziora, poza baranami przemieszczającymi się po polu do góry nogami znajdziemy Krainę Baśni, pszczoły przypominające elfy, wielką złą Królową i dużo snów. Naprawdę dużo snów. Z przewagą koszmarów oczywiście.

Gdzie ten przepis na czarownicę, zapytasz? Tak więc, na początek każdy wie, że aby pretendować do nazywania się czarownicą trzeba mieć zawsze przy sobie kawałek sznurka. W Kredzie przyda się także patelnia.

Druga myśl, czyli coś od siebie

„- Bo widzisz, ona jest elfem”

I jak piękne elfy Opowieść ta może być przez fanów Pratchetta odrzucona. Co prawda wspomina o „dalekim Klatchu”, co prawda pojawiają się znajome twarze (dokładnie dwie, i to na chwilę), co prawda „zalatuje” trochę humorem a’la Świat Dysku, ale to nie jest to samo. Mnie czytało się „Wolnych Ciutludzi” naprawdę dobrze, ale jednak nie jednym tchem, co przy tych 220 stronach z obrazkami byłoby całkiem możliwe. Nie zjadała mnie „ciekawość następnej strony”. Z drugiej strony ciężko mi coś konkretnego książce zarzucić – trzyma klimat, akcja nie przyspiesza ale też nie ma martwych punktów. Ciągle coś się dzieje, ciągle coś się zmienia, a zabawy pośród snów i ingerowania w nie przez różne strony została – moim zdaniem – bardzo dobrze wykorzystana i opisana. Postaci są tak naprawdę proste i przerysowane, jednak w odróżnieniu od prawdziwej baśni nie wszystko daje się tak łatwo przewidzieć.

Podsumowując, „Wolni Ciutludzie” nie są rewelacją a i cena jest według mnie za wysoka, treść stanowi, można rzec, połowę standardowego dzieła Pratchetta. Sposobem mogłoby być wydanie dwóch części „Opowieści..” („Wolni Ciutludzie” i „Kapelusz pełen nieba”) razem.
Jednak mimo to książka warta przeczytania – dla relaksu i chwili spokoju od rzeczywistości. Przeczytać ją powinni szczególnie ci, którym przypadają do gustu krótkie dzieła, baśnie, opowieści lub którzy po prostu szukają lektury dla swojego dziecka, które wyrosło już z bajek dla dzieci.
Pewnie i tak mimo mych wysiłków przeczyta kto będzie chciał, a ja zabieram się do czytania kolejnej części „Opowieści ze Świata Dysku”.

Wszystkie cytaty pochodzą z „Wolni Ciutludzie” Terry’ego Pratchetta
Aneta ‚Naiya’ Kapłońska

Aneta ‚Naiya’ Kapłońska


polts

Neil Gaiman „Amerykańscy Bogowie”

Naiya ,  26 stycznia 2005

Fabuła – bez zbędnych spoilerów

„Wiatr poruszał gałęziami drzew. Z ogniska wzlatywały skry. Nadciągała burza.”

Okładka “Amerykańskich bogów” Był sobie pewien człowiek. Człowiek ten miał piękną, kochającą żonę i… pewien interes na sumieniu. Rychło trafia do więzienia skąd wyciąga go jakiś nieznajomy mężczyzna. W tym samym czasie dowiaduje się, że jego żona zginęła w wypadku samochodowym. Cień nie ma więc do kogo wracać. Gdy dowiaduje się szczegółów jej śmierci oraz kim był ów nieznajomy, coraz bardziej zaczyna się gubić w obecnej sytuacji. Postanawia jednak obrać drogę przedstawioną mu przez Wenesday’a. Wszak czy ma inny wybór? Może i miał, ale teraz został na dobre wciągnięty w sprawy amerykańskich bogów, czy tego chce czy nie.

Bogowie – dla tych co pierwszy raz

„A co innego mogę robić? Nie składają mi już w ofierze baranów ani byków, nie przysyłają mi dusz zabójców, niewolników, powieszonych na szubienicy, rozdziobanych przez kruki. To oni mnie stworzyli, a potem zapomnieli. Teraz odbieram im, co się da. Czyż to nie sprawiedliwe?”

Bogowie rodzą się wraz z wierzeniami ludzi. Tworzą ich tradycje a utrzymuje oddawana im cześć. Niektórym bogom jest łatwiej, obecnie większość młodych amerykańskich ludzi fascynuje świat medii czy Internetu. Ci bogowie jednak szybko odchodzą, zastąpieni przez innych. Innym, szczególnie tym, którzy przybyli tutaj z niewolnikami, jest trudniej. Nieczęsto składa się im godne ofiary. Wszyscy chcą przetrwać. Ale Ameryka to nie jest dobre miejsce dla Bogów. Mimo że każdy bierze z życia co się da, nie wystarcza im to. Szykuje się więc bitwa. Nadciąga burza.

O utworze słów kilka…

„To była długa książka i długa podróż.”

„Amerykańscy Bogowie” zostali ukończeni w roku 2001. Wielokrotnie poprawiano błędy, lekarskie, stylistyczne, hydrologiczne, ale tak także te wszystkie anglicyzmy, których chciał uniknąć. Wszak udało mu się to i nawet w polskim wydaniu czuć nutkę powieści rdzennie amerykańskiej, zresztą już w w zbiorze opowiadań „Dym i Lustra” możemy zaobserwować z jaką łatwością posługuje się słowem, jak żongluje różnymi stylami.

Tutaj też bardzo dobrze widać, jak autor lubi zabawiać się słowem i postaciami.
Po pierwsze – Bogowie mogą być ze sobą powiązani w sposób niezrozumiały dla człowieka. Tylko oni widzą sens w stwierdzeniu „On był mną, owszem. Ale ja nie jestem nim.” Co najdziwniejsze nadaje to sens fabule.
Nowa okładka “Amerykańskich bogów”Po drugie – imiona. Na przykład nazwisko Ainsel oznacza w polskim tłumaczeniu „ja sam”. Zatem przybrane nazwisko może odnosić się do Cienia, który je nosił bądź aluzją do tego, który je nadał. Samo Ainsel pochodzi ze szkockiej legendy o chłopczyku i wróżce. Kiedy chłopiec niechcący zrobił krzywdę wróżce, jej matka zrozumiała, że to ona sama się zraniła.
Po trzecie – Cień nie potrafił dobrze zapamiętać imion bogów, których mu przedstawiano. Upraszczał je więc wielokrotnie do bardziej powszechnych imion, jak na przykład Whiskey Jack. Kiedy odnajdzie się poprawne imię, czytelnik może śmiało zaglądać do odpowiedniego panteonu bóstw, gdzie znajdzie wytłumaczenie zachowania bohaterów.

„Amerykańscy…” nie należą na pewno do prostych utworów. Aby wyciągnąć z tej książki jak najwięcej trzeba wczuć się w wydarzenia i śledzić każdy ruch, każdą myśl Cienia, głównego bohatera, który w sumie tak samo jak czytelnik nie wie co się wokoło dzieje, ale próbuje dojść prawdy. Każdy szczegół jest tu umiejętnie spleciony i tak naprawdę nic nie zostaje bez wyjaśnienia. Akcja na samym początku nabiera pewnego tempa, które utrzymuje się do samego końca. Pojawiają się nowe fakty albo nowe kłamstwa, wszystko dopracowane po mistrzowsku. Zatem czytelnik, który nie zwraca zbyt wielkiej uwagi na całokształt, a jedynie skupia się na konkretnej chwili może się w pewnym momencie zgubić w poczynaniach bohaterów. Nie bądźmy jednak pesymistami.
Ponadto w powieści pojawia się wiele ciekawych krótkich opowieści, szczególnie o bogach, a niektóre z nich zapewne mają to ziarnko prawdy zaczerpnięte z prawdziwych legend. A być może nie.

Czas na wielkie podsumowanie

Książka jest bardzo dobrze dopracowana. Fabuła ściśle, wręcz perfekcyjnie składa się na jedną całość, a każdy szczegół jest dokładnie obmyślany. Nie ma przedłużania akcji na siłę ani zbędnych opisów, więc mimo pokaźnej liczby stron czyta się ją niesamowicie szybko. Minusem dla niektórych może być fakt, że napisana jest w formie pełnoprawnej powieści amerykańskiej, jednak było to zamierzone, i zresztą perfekcyjnie opracowane stylistycznie (co oczywiście głównie można zauważyć w oryginalnym wydaniu). Każdy kto zna twórczość Neila Gaimana utów ten na pewno przypadnie do gustu, a kto nie zna, cóż, najwyższy czas poznać, bo „Amerykańscy Bogowie” z pewnością są godni polecenia. Należy jednak ją czytać z przymrużeniem oka i niekoniecznie traktować to jako atak na „swoich ulubionych bogów”, bo akurat w tej powieści ukazani zostali w takim a nie innym świetle.

Wszystkie cytaty pochodzą z „Amerykanskich Bogów” w tlumaczeniu Pauliny Braiter, wyd II

Aneta ‚Naiya’ Kapłońska


polts